piątek, 28 marca 2014

Wędrówka przez grań Doliny Gąsienicowej i Doliny Pięciu Stawów

Autor: kazelot2000

Wędrówka przez grań dwóch wspaniałych dolin: Gąsienicowej i Doliny Pięciu Stawów Polskich cieszy się mniejszą popularności niż choćby przejście przez Zawrat, niesłusznie!

Przejście przez przełęcz Krzyżne jest  świetną wyprawą dla osób, które nie lubią, lub czują się nie pewnie przechodząc przez szlaki ubezpieczone łańcuchami i klamrami.
Prezentowa wycieczka nie posiada takowych zabezpieczeń, ale mimo wszystko wymaga odpowiedniej kondycji fizycznej. Może być również alternatywą na gorszą pogodę, pamiętajmy tylko, że w czasie burzy lepiej pozostać w schronisku.
Aby dostać się do Doliny Pięciu Stawów musimy dojechać do Palenicy Białczańskiej (własny samochód lub bus). Następnie ruszamy popularną asfaltową drogą, która prowadzi do Morskiego Oka.
My jednak przy Wodogrzmotach Mickiewicza skręcamy w prawo i wchodzimy na zielony szlak poprowadzony przepiękną Doliną Roztoki. Wchodzimy do lasu i początkowo wchodzimy stromo po głazach, towarzyszy nam potok, który może być zbawienny w upalne dni. Po ponad godzinie dojdziemy do rozwidlenia szlaków.
Idąc prosto wyjdziemy przy mostku nad Wielkim Stawem Polskim, atrakcją tego wariantu jest możliwość zobaczenia największego wodospadu w Polsce - Siklawicy.
Będąc już w Dolinie Pięciu Stawów przyszedł czas na nasz właściwy cel wędrówki. Mowa oczywiście o Przełęczy Krzyżne. Skręcamy w prawo, przechodzimy przez mostek i zakosami wędrujemy pod górkę. Miniemy jeszcze skręt w lewo, jest to niebieski szlak na Zawrat.
My wybieramy żółty szlak, który zaprowadzi nas do Buczynowej Dolinki. Wędrujemy teraz trawersem po kamiennym chodniku pomiędzy bujną kosówką. Dojdziemy na grzędę spadającą z Buczynowych Turni. Z tego miejsca czeka nas mozolne i męczące wejście na przełęczy. Idziemy zakosami po głazach, bywają momenty gdzie trzeba przejść niewielkie formacje skalne.
Krzyżne
Po ponad godzinie marszu meldujemy się na Przełęczy Krzyżne. Widoki są przepiękne, mamy widok na panoramę całej Doliny Pięciu Stawów, jak i po drugiej stronie widok na Dolinę Pańszczycy.
Z Przełęczy schodzimy zakosami, początkowo po żwirowo trawiastej ścieżce, następnie teren robi się typowo skalisty.
Po niewygodnym zejściu czeka nas marsz dnem Doliny Pańszczycy, droga zaprowadzi nas nad Czerwony Staw Pańszczycy. Od stawu możemy udać się zielonym szlakiem na Gęsią Szyje, lub kontynuować marsz szlakiem żółtym. Wtedy dojdziemy do schroniska murowaniec w Dolinie Gąsienicowej.

NaTatry.pl Twoim spojrzeniem na Tatry. Zapraszamy na nasze wirtualne szlaki.
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

wtorek, 25 marca 2014

W poszukiwaniu białej plamy na mapie. Zdobycie Tramen Tepui

Autor: Rafal Karwacki

Polsko - wenezuelska ekspedycja zdobyła, po raz pierwszy w historii, izolowaną górę Tramén Tepui w południowo-wschodniej Wenezueli. Na jej zboczach Polacy odkryli unikalne okazy fauny, w tym zupełnie nowe dla nauki endemiczne gatunki motyli.

Niedostępny szczyt Tramén Tepui (http://wenezuela.esri.pl/flexviewers/wenezuela2/), którego wysokość wynosi 2726 metrów, został po raz pierwszy zdobyty w styczniu 2012 roku przez doświadczoną grupę eksploratorów-przyrodników z Polski i Wenezueli.

Członkom ekspedycji udało się odkryć aż trzy nowe gatunki endemicznych motyli oraz rozpoznać nowy, również endemiczny, gatunek żaby! Pomocy przy identyfikacji nowych gatunków motyli udzieliło Muzeum Zoologiczne Uniwersytetu Jagiellońskiego.

To ważne odkrycie naukowe, nie tylko dlatego, że dokonali go Polacy, ale głównie ze względu na przybliżenie nas do odpowiedzi na jedno z najważniejszych aktualnie pytań światowej biogeografii: skąd pochodzi niezwykła, endemiczna fauna i flora obszaru Pantepui? – mówi Izabela Stachowicz, biolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego, członkini wyprawy. – Kraina ta kojarzona była dzięki powieści „Zaginiony Świat” Sir Conan Doyle’a z dinozaurami i ewolucją życia w kompletnej izolacji. Tymczasem nasze odkrycie i coraz więcej badań wskazują na prawdopodobne pochodzenie fauny tepui z obszarów andyjskich. Polska ma długie i wspaniałe tradycje prowadzenia ważnych dla nauki światowej badań w Ameryce Południowej dotyczących Andów i lodowców andyjskich, Kanionu Colca czy eksploracja płaskowyżu Sarisariñama. To są tradycje, które trzeba kontynuować – dodaje Izabela Stachowicz.

Wyprawa została zrealizowana we współpracy naukowej z Muzeum Zoologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz pod patronatem miesięcznika „National Geographic Polska”.

– Trudno uwierzyć, że w dzisiejszych czasach, przy zaawansowanej technologii i szybko rozwijającej się turystyce wysokogórskiej wciąż można znaleźć rejony nietknięte ludzką stopą, niezbadane "białe plamy"! – mówi Marek Arcimowicz, fotograf i członek ekspedycji.
Rejon, w który udali się członkowie ekspedycji, leży na styku południowo-wschodniej Wenezueli, Gujany i północnej Brazylii. Rozciąga się tam kraina zwana przez biogeografów Pantepui, jedna z najstarszych formacji geologicznych świata. Została ona nazwana przez eksploratorów i przyrodników wyspami na niebie, z uwagi na występujące tam charakterystyczne góry o pionowych ścianach wybijających się nawet do wysokości względnej 1000 m. Pantepui posiada jeden z najwyższych na świecie wskaźników endemizmu i… niedostępności. Piaskowce o ponad 200-metrowych pionowych ścianach otoczone są gęstą, nieprzebytą puszczą. W tych lasach, stawach i strumieniach żyją żaby z pazurami, jaszczurki lubiące kąpiele wodne czy mięsożerne kwiaty.

– Wejście na szczyt poprzedziły dramatyczne okoliczności: dwa dni wcześniej, po drugim ataku wycofaliśmy się niespełna 50 m od szczytu w trakcie wieczornego załamania pogody. Finalnie zostaliśmy zmuszeni do biwaku, doszczętnie przemoczeni, bez schronienia, śpiworów, owinięci w folie ratunkowe, bez jedzenia i picia, przy temp. bliskiej 0°C. To tak, jakby wziąć zimny prysznic we flanelowej koszuli i przemoczonym spędzić chłodną, listopadową noc pod parkową ławką. Zdecydowanie wolę suche, himalajskie mrozy – wspomina Marek Arcimowicz.

Nazajutrz, po powrocie do górnego obozu w okolicy przełęczy ekspedycja podjęła kolejną, ostatnią próbę.
Namówiłem kolegów na ponowne, niemal natychmiastowe wyjście w górę, tym razem ze śpiworami. Nadal padało. Wiedziałem jednak, że statystycznie, teraz powinniśmy mieć więcej szczęścia i dzięki niewielkiej poprawie pogody tuż pod miejscem, z którego poprzednio zawróciliśmy, o godzinie 15:30 czasu wenezuelskiego dotarliśmy na szczyt – wspomina Arcimowicz.
 – Nasza wyprawa, mimo że celem był stosunkowo niewysoki szczyt, była dość skomplikowanym przedsięwzięciem organizacyjno-technicznym i nabrała przez to charakter niemal wyprawy himalajskiej. Różniła się jednak tym, że w przeciwieństwie do Szerpów w Nepalu,  to my musieliśmy gotować i żywić naszych tragarzy i przewodników. Jednak szczególną specyfiką w działalności wyprawy była współpraca z miejscową społecznością indiańską. W Nepalu czy Pakistanie są już od lat opracowane procedury organizacji ekspedycji. My byliśmy pionierami na tym terenie, musieliśmy metodą małych kroków, wypracować jak najbardziej optymalne dla obydwu stron zasady współpracy – mówi kierownik wyprawy Michał Kochańczyk, doświadczony podróżnik.

14-tego lutego szczyt zdobyli Marek Arcimowicz – fotograf od zadań specjalnych, współpracownik „National Geographic Polska” oraz dwóch wenezuelskich wspinaczy: Carlos Mario Osorio i Alberto Raho. Wyprawą kierował Michał Kochańczyk – doświadczony podróżnik, lider wielu wypraw, jeden z polskich pionierów wspinaczki w Andach. Nowe dla nauki gatunki odnalazła Izabela Stachowicz – absolwentka Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi Uniwersytetu Jagiellońskiego, miłośniczka tropikalnych ekosystemów i naukowych wyzwań.

Międzynarodowy zespół wytyczył tym samym pierwszą wspinaczkową drogę, wycenianą przy suchej skale (co na Tramén Tepui jest dość rzadkie) na 6c w skali francuskiej, 6 wyciągów wspinaczkowych dodatkowo walka z górskim lasem "w pionie" sprawiła, że drogę nazwano z języka Indian Pemón zamieszkujących ten region: "Tureta Aikuk Tachitan" (hisz.: Selva Lluviosa Vertical, ang.: Vertical Rain Forest, pol.: Pionowy Las Deszczowy).

W poszukiwaniu białej plamy na mapie.  Zdobycie Tramen Tepui.  Zaprasza Marek Arcimowicz.  XVII Targi Sprzętu Fotograficznego, Filmowego, Audio i Video FILM VIDEO FOTO Sala: AULA I piętro Expo - Łódź - 28/03/2014 (Piątek) godzina 12:00 - 13:50
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

niedziela, 16 marca 2014

Luksusowe Monako

Autor: Marcin Górski

Liczące zaledwie 1,95 km kwadratowego Księstwo Monako, z każdej strony otoczone jest przez Francję, gdyby ktoś nie wiedział gdzie dokładnie leży, musi szukać między górami a wybrzeżem Morza Śródziemnego. To właśnie dzięki swojemu położeniu ma tak dobrą pozycję, a także dlatego, że przez wszystkie lata jego kolejni władcy konsekwentnie zbijali fortuny.

Księstwo w 1297 r. założył Francois Grimaldi, uciekinier z Genui, który wdarł się przebrany za mnicha do zamku na skale, dzisiejsze Monako rozciąga się w jego koło. Grimaldi zbrojnie przejął warownię na własność i rozpoczął zbijanie majątku na handlu, w którym był świetny. Od tamtego czasu księstwo wciąż pozostaje w rękach rodu Grimaldich. Na pamiątkę władcy założyciela a blisko Pałacu Książęcego znajduje się jego spiżowy pomnik szablą schowaną pod habitem.
Luksusowe Monako
Monako, choć niewielkie, pełne jest kontrastów, z jednej strony stare miasto, słynne Muzeum Oceanograficzne, Pałac, port i kasyno, z drugiej strony kilkudziesięciometrowe wieżowce, które bardziej przypominają Miami niż śródziemnomorski krajobraz. Pierwsze nowoczesne budynki powstały w drugiej połowie XX w, bowiem Księstwo ma bardzo małą ilość ziemi, której ceny są bardzo wysokie. Dlatego budowanie w górę jest jedynym rozwiązaniem. Monako słynie z braku podatków i dla obywateli i dla rezydentów, dlatego tylu mieszka tu światowych bogaczy.
Największą rzeszę turystów przyciąga słynne kasyno w Monte Carlo, którzy liczą, że stawiając kilkanaście euro szybko je szczęśliwie pomnożą i wyjadą z ogromną fortuną. Kasyno szczęśliwcom zapewnia limuzynę Rolls Royce, która zabierze ich do eleganckiego hotelu czy drogich butików. Skoro już mowa o hotelach, w nich panuje ostra konkurencja, bowiem jest ich największe skupisko na 1 km kw., dlatego prześcigają się w atrakcjach, by przyciągnąć gości. W wielu z nich powstają wystawy i galerie sztuki. W przypadku sieciowych hoteli takich jak Novotel ceny oscylują od 200 do 250 euro za dobę. Nie brakuje także obiektów ceniących się na kilka tysięcy euro jak np. Hermitage. Tańszym rozwiązaniem są noclegi w Nicei i dojazdy do Monako.
Monako może pochwalić się w swoim pięknym Muzeum Oceanograficznym, gdzie w podziemiach mieszczą się w gigantyczne akwaria z rybami z raf koralowych, środowisk zimnych, słodkowodnych, jaskiniowych. A także egzotycznym ogrodem na klifie, którego pomysłodawcą był Książe Ludwik II Grimaldi. W tym roku ogród obchodzi swoje 80-lecie, znajduje się w nim wiele egzotycznych roślin, a głównie kaktusy i sukulenty. Ważną informacją dla turystów jest ta, że w okresie od czerwca do października pałac władcy Monako jest udostępniony zwiedzającym, a co dzień o godzinie 11;15 przed pałacem odbywa się zmiana warty - straże paradują przed kolekcją kilku armat.
Podróż do Monako możemy odbyć samochodem, albo samolotem, w przypadku tego drugiego musimy polecieć liniami lotniczymi do Nicei, a stamtąd do Księstwa rejsowym helikopterem za 80 euro w 15 minut lub autobusem miejskim za kilka euro w dwie godz.

Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

niedziela, 2 marca 2014

Ustronie Morskie - Perła Bałtyku

Autor: Ustronie

Gdy za oknami robi się coraz cieplej, większość z nas zaczyna myśleć o wakacjach. A jeśli wakacje, to czy może być coś lepszego, niż leniuchowanie na plaży? Polskie wybrzeże posiada sporo prawdziwych pereł. Poznajmy jedną z nich.

Ustronie Morskie, to tętniący życiem letni kurort zachodniego wybrzeża Bałtyku. Położona pomiędzy Koszalinem a Kołobrzegiem miejscowość potrafi w ciągu jednego sezonu przyciągnąć kilkadziesiąt tysięcy gości z Polski, Niemiec i nie tylko. Ci przyjeżdżają głównie dla słońca, piaszczystych plaż, morskich kąpieli oraz romantycznych widoków morza i zachodu słońca.
impresje_04
Miasteczko ma jednak do zaoferowania o wiele więcej. Kusi turystów całą gamą wakacyjnej rozrywki jak również niezliczoną ilością punktów gastronomicznych. Królują oczywiście smażalnie bałtyckich ryb i cukiernie oferujące przede wszystkim nieśmiertelne gofry z bitą śmietaną oraz lodowe desery. Jednak z roku na rok przybywa także eleganckich lokali z wyśmienitą kuchnią, serwujących dania dla bardziej wymagających smakoszy.
Miejscowość posiada jedną z największych baz noclegowych nad Bałtykiem. Jednak Ustronie Morskie to nie tylko pensjonaty, ośrodki wczasowe czy hotele. Znaleźć tutaj można również wiele atrakcji, które powodują, że nawet przy braku plażowej pogody nie sposób się nudzić. Wesołe Miasteczko, park linowy, Western Park z mini zoo, przejażdżki ciuchcią lub dorożkami powinny ucieszyć szczególnie dzieci, ale chyba nie tylko.
ciuchcia
Prawdziwą dumą Ustronia Morskiego jest jednak nowy kompleks rekreacyjny "Helios" składający się z krytego aquaparku oraz basenu na świeżym powietrzu z podgrzewaną solarami wodą. W części krytej znajdziemy profesjonalny basen pływacki, brodzik z atrakcjami wodnym, trzy jacuzzi, zjeżdżalnie a także dwie sauny - suchą i mokrą. Po zabawie w wodzie można posilić się w niewielkim bufecie. Komu mało, ten może skorzystać z dwutorowej kręgielni oraz oświetlonych kortów tenisowych.
basen_01
W ostatnich latach Ustronie Morskie notuje dynamiczny rozwój branży turystycznej. Przybywa pensjonatów i kwater prywatnych oferujących noclegi na coraz wyższym poziomie. Przybywa także ekskluzywnych hoteli i apartamentowców. Walory krajobrazowe, przyrodnicze i biznesowe kurortu dostrzegają nie tylko przeciętni turyści, ale i celebryci, którzy właśnie tutaj inwestują swój kapitał.
Czy zatem nad polskim morzem można spędzić niezapomniane wakacje? Po latach fascynacji dalekimi podróżami coraz więcej rodaków powraca do swoich ulubionych miejsc nad Bałtykiem. Jednym z nich jest Ustronie Morskie, perła zachodniego wybrzeża.

Autor jest mieszkańcem i miłośnikiem swojej małej ojczyzny
Ustronie Morskie Noclegi
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

Szlak ikon – najpiękniejsze polskie cerkwie

Autor: Arkadiusz Komski

Kulturowy szlak ikon powstawał jeszcze w czasach, kiedy podobne pomysły były w naszym kraju nowością. Dziś ciągle przyciąga polskich turystów, a dla zagranicznych jest wielkim magnesem. Pomaga im poznać architekturę, jakiej nie znają u siebie.

Jego początki sięgają 1997 roku. Wówczas był czymś nowym, niecodziennym i od razu przypadł do gustu turystom szukającym czegoś więcej niż słońce, plaża i morze, na które zresztą w naszym klimacie za bardzo liczyć nie możemy.
Szlaki kulturowe niesamowicie modne w całym świecie do nas „przywędrowały” z zachodniej Europy i zadomowiły się już na dobre. Oprowadzają turystów serwując możliwość zwiedzania, mądrego poznawania regionu, który odwiedzają. Są adresowane do tych, którzy pragną czegoś więcej niż tylko przejechanie się po okolicy, wyspanie do woli i spróbowanie posiłków, których nie muszą sami przygotowywać. A takich turystów jest coraz więcej.
Dawno minęły już bowiem czasy Funduszu Wczasów Pracowniczych, podczas których największą atrakcją były wieczorki zapoznawcze. Obecnie kiedy turysta płaci z własnej kieszeni za każdy dzień wypoczynku, chce go spędzić jak najciekawiej i najwięcej wynieść zeń wrażeń. Taką możliwość dają właśnie szlaki kulturowe.
Na początku organizowany w dolinie Osławy od Zagórza po Komańczę i dolinie Sanu na północ od Sanoka następnie na terenie Bieszczadów, dzisiaj obejmuję już swoją pajęczyną całe województwo podkarpackie. Korzystając zeń można dotrzeć do wielu wyjątkowych obiektów, w tym cerkwi wpisanych na Listę Światowego dziedzictwa UNESCO, które stoją w dobrze nam znanych Bieszczadach. Jednymi z najbardziej godnych polecenia są z pewnością świątynie w Uluczu, Turzańsku, Komańczy, Rzepedzi, czy Smolniku nad Sanem. A to tylko niektóre z nich – w południowo-wschodnim zakątku kraju. Każda jest na wagę złota.
Wystarczy uświadomić sobie, że najstarsze mają po 300 lat, co dla drewnianych obiektów jest niesamowicie długim okresem. Część z nich jest użytkowana przez wiernych grekokatolickich lub prawosławnych, co niewątpliwie jest dodatkowym magnesem. Wchodząc do takiej świątyni większość z odwiedzających przekracza progi zupełnie nieznanego im świata i odczuwa wyjątkowość miejsca. Zapewne to sprawia, że cieszą się sporą popularnością wśród turystów z Zachodu, gdzie (za wyjątkiem Skandynawii) budowano przecież w kamieniu, więc wszystko co drewniane budzi ogromny szacunek dla swojego wieku i mistrzostwa dawnych majstrów.
Szlak ikon można zwiedzać pieszo, rowerem, choć jeśli pragnęlibyśmy odwiedzić jak najwięcej miejsc, żeby posmakować ich różnorodności pewnie samochód będzie niezłym rozwiązaniem. Można również wziąć udział w wyciecze organizowanej przez profesjonalne biuro turystyki kulturowej nastawionej właśnie na zwiedzanie wschodnich świątyń. Warto na taką wyprawę zabrać aparat fotograficzny, żeby móc stworzyć własną galerię fotografii, którą potem będzie można pochwalić się przed znajomymi. A odwiedzane miejsca z pewnością użyczą nam nieco ze swej wyjątkowości, którą zamkniemy w klatkach zdjęć.

zapraszam do odwiedzenia galerii cerkwi bieszczadzkich i profesjonalnego biura turystyki kulturowej
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.