czwartek, 5 kwietnia 2012

Trans Kalahari

Trans Kalahari

Autorem artykułu jest Darek Hencner

Wspomnienia z wycieczki przez zieloną Kalahari, pustynię, która aż roi się od dzikich zwierząt małych i dużych. Zawsze marzyłem żeby odwiedzić wspaniałą Deltę Okawango. Wreszcie, moje marzenia spełniły się.
Z Johannesburga jechaliśmy prosto do granicy z Botswaną, nasz pierwszy przystanek to wyspa Kubu na Makgadikgadi Pans. Zobaczyliśmy tutaj inny świat. Akacje i bezkresny busz mijane do tej pory, zostały zastąpione przez księżycowy krajobraz, tak płaski jak stół bilardowy.
Tysiące lat temu było tutaj ogromne jezioro, większe niż Szwajcaria.

Wyspa Kubu – to skała granitowa wystająca dumnie z płaskiej powierzchni słonego jeziora - jedno z najbardziej znanych miejsc w Botswanie i w tym przypadku broszury nie kłamią. Fotografowie z całego świata przyjeżdżają tutaj, aby uchwycić niby z innego świata baobaby i kasztanowce, górujące nad głazami.
Przychodzi mi na myśl planeta pełna baobabów, którą odwiedził Mały Książę w słynnej powieści Antoiny de Saint-Exupéry. Na zwiedzanie wyspy przeznaczymy godzinę, następnie John daje krótki wykład na temat starożytnego jeziora i jak to pęknięcie w skorupie ziemskiej doprowadziło do ​​powstania Delty Okawango i Wodospadu Wiktorii.
Będziemy nocować w Nata Lodge, oddalonej 120 km. Nagle poczuliśmy że wolimy tutaj zostać dłużej, godzina nie wystarczy, aby docenić prawdziwą magię tego miejsca przy zachodzącym słońcu.
Kiedy Jeremy Clarkson nakręcał tutaj kontrowersyjny odcinek programu "Top Gear" w 2007 roku, opisał wyspę Kubu jako "najbardziej zadziwiające miejsce w jakim byłem." Pozostawił on nieodwracalne znaki opon na słonym jeziorze, ale miał rację co do Kubu.
Po wczesnym śniadaniu z Nata Lodge wyjechaliśmy w kierunku Delty Okavango, przed nami 600 km asfaltowej szosy przez pustynię Kalahari.

Po drodze zatrzymaliśmy się przy prawdopodobnie największym na świecie posągu mrówkojada, dokupiliśmy benzyny w Maun i zrobiliśmy godzinną przerwę na lunch. To była długa droga, ale nie obyło się bez małych przyjemności, po drodze spotykaliśmy dzioborożce, osły, krowy i ogromne termitiery wyglądające jak kapelusze gigantycznych czarownic. Przed zmrokiem musimy dotrzeć do Nguma Island Lodge.
Spędzimy dwie noce przy Okavango, w miejscu gdzie rzeka rozgałęzia się i tworzy deltę. Nie obyło się tym razem baz małych problemów. Doroczne powodzie dramatycznie uszkodziły ostatnie 12 km szosy, teren okazał się zbyt bagnisty dla 4x2 Forda Rangera. Utknęliśmy w głębokim błocie, na szczęście kiedy próbowaliśmy wydostać się, pojawiły się na horyzoncie dwa samochody jadące w tym samym kierunku. Podróżująca grupa młodych ludzi z RPA baz pytania zatrzymała się i zaoferowała nam pomoc.
Jeden z pojazdów próbował wyciągnąć naszego Forda, ale lina pękła. Sytuacja nie wyglądała najlepiej, koła naszego samochodu były coraz głębiej w błocie.
Na szczęście afrykańscy podróżnicy mieli doświadczenie na bezdrożach, dużo cierpliwości i grubą linę zwaną Puff Adder czyli żmija. W krótkim czasie nasz samochód stanął na twardym gruncie. Mówiąc najprościej, Delta Okavango jest niesamowita. Rośnie i kurczy się co roku, ale zawsze znajduje się tu dużo wody, to taka mająca powierzchnię 15000km² oaza w środku Kalahari.
Nguma Island Lodge jest w części zwanej potocznie rączką patelni (delta określana jest mianem patelni, a rzeka to rączka). Zamieszkujemy w luksusowych namiotach na podwyższonych platformach z łazienkami. Przy obiedzie, wszyscy gromadzą się wokół długiego stołu, gdzie ekscentryczny właściciel Nookie Randall serwuje fantastyczne jedzenie, a my opowiadamy przygody minionych dni.

Następny dzień zaczyna się o świcie wycieczką na mokoro. Tradycyjnie, te płaskodenne łodzie wykonane były z ogromnych pni drzew, obecnie łatwiej jest kupić w Maun łódkę z włókna szklanego za około 3000 pula. Tak zrobione mokoro jest dużo mocniejsze, ale najważniejsze że oszczędza się wiele wiekowych drzew.
W mokoro mieszczą się dwie osoby siedzące i jedna stojąca, która napędza czółno za pomocą długiej tyczki. Jest to idealny środek transportu. Łódki są szybkie i zwrotne, nie robią hałasu jak łodzie motorowe, można nimi swobodnie przemieszczać się z miejsca w miejsce po delcie porośniętej trzcinami i papirusami. Podziwialiśmy wytrzymałość fizyczną naszych flisaków, przez 4 godziny pływaliśmy labiryntem ścieżek przy bezlitośnie palącym słońcu. Po południu udaliśmy się na rejs statkiem po lagunie Guma. Obserwowaliśmy leniwie wyglądające krokodyle i wiele gatunków ptaków.
O zachodzie słońca wznosimy toasty w mniejszym kanale między wyspami papirusów. Momentalnie jesteśmy wszyscy starymi znajomymi. Tej nocy leżę w łóżku i słucham odgłosów delty, rechotanie żab i chór świerszczy przerywany basową tubą hipopotamów. Wygląda na to, że hipopotam chodzi sobie gdzieś w pobliżu mojego namiotu, ale nie chce mi się wstawać, łóżko jest zbyt wygodne. Kolejny dzień zaczyna się również wcześnie rano od tropienia zwierząt. Podczas tej wędrówki obserwujemy stado siedmiu słoni. Do leniwie poruszających się zwierząt, zakradamy się pod wiatr. Nagle jeden ze słoni unosi wysoko trąbę i zaczyna być wyraźnie podenerwowany, w oka mgnieniu te kilku tonowe zwierzęta zaczynają pędzić w naszą stronę. Adrenalina zaczyna działać i większość z nas wiedząc, że nie wolno uciekać zaczyna przyśpieszać. Tropiciel wydaje komendę stop, jesteśmy ustawieni pod wiatr, słonie nas nie czują, rozpędzone stado po chwili skręca w stronę lasu i znika w gęstwinie drzew. Okazało się, że słonie poczuły inną grupę, która podchodziła do nich z wiatrem. Nic się nie stało, ale dało nam to do zrozumienia jak szybkie potrafią być słonie.
Popołudnie spędzamy na kąpieli w Delcie Okawango, zdaniem lokalnych osób, takie pływanie jest bezpieczne, hipopotamów nie ma w pobliżu a krokodyle o tej porze dnia odpoczywają. W wodzie aż roi się od małych rybek. Wystarczy się nie ruszać przez chwilę, aby rybki zaczęły skubać nogi i zjadać stary naskórek. Następny dzień rozpoczynamy o wschodzie słońca. Naszym celem jest kemping Ngepi, również nad brzegiem rzeki Okavango, po drugiej stronie granicy w namibijskim pasie Caprivi. Ngepi jest w odległości tylko 90 km, ale najpierw zboczymy z trasy 80 km do Tsodilo Hills - kilku niskich gór na zachód od Delty Okawango.
Skały wyrastają niespodziewanie z płaskiej równiny, ozdobione są ponad 2000 eksponatami sztuki naskalnej Buszmenów. Tsodilo to jedyne w Botswanie miejsce wpisane na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, stanowiące wielkie znaczenie duchowe dla Buszmenów i innych plemion lokalnych, którzy odwiedzali te wzgórza od wieków by obcować ze światem duchów.
Jednym z najlepiej zachowanych malowideł jest panel przedstawiający antylopę eland, i opisany przez Sir Laurens van der Post, który odwiedził Tsodilo w 1958 roku. "Miałem wrażenie, że byłem we wspaniałej, prehistorycznej świątyni " Van der Post napisał.
Tsodilo jest mylące: niesamowity krajobraz, bogate dziedzictwo artystyczne - wszystko to stwarza wyjątkowe i niezapomniane miejsce, ale kemping jest zaniedbany, centrum informacji marnie prowadzone a nasz przewodnik jest mniej niż entuzjastyczny (a może to nie jego wina - Buszmenom nadano wyłącznie nominalne prawa do tego miejsca i są zmuszeni do życia w wiosce oddalonej 2 godziny pieszej wędrówki).
Musisz spędzić w Tsodilo co najmniej jeden dzień by w pełni go docenić, nie mamy na to czasu, wyruszamy w dalszą drogę. Jedziemy asfaltówką A35, przez przejście graniczne Mohembo do Namibii, i docieramy do Ngepi późnym popołudniem. Powitani jesteśmy przez dzieci robiące dużo hałasu na bębnach wykonanych z puszek i wiader.

Nasi przewodnicy John i Henkie nie mogli doczekać się Ngepi. Oczywiście, jest to ich ulubione miejsce i wkrótce zrozumieliśmy, dlaczego. Bar, ozdobiony dwoma czaszkami hipopotamów i odwrócone łodzie mokoro, służących jak siedzenia, wyglądają jakby miały tutaj miejsce niesamowite imprezy na przestrzeni lat. Jest tutaj odgrodzony "basen" w rzece Okavango, bezpieczny od hipopotamów i krokodyli.
Domki na drzewach i tradycyjne chaty, gdzie będziemy zakwaterowani są tuż przy wodzie, a cały kemping ma ponad 2 km długości, więc nie zabraknie nam otwartej przestrzeni, nawet jeśli pojawi się parę grup turystów. Po trzech nocach tutaj spędzonych, mogę śmiało powiedzieć, że jest to najlepszy obóz w jakim kiedykolwiek spałem.
Czasem proste słowa określają to najlepiej, tak jak slogan kempingu Ngepi - "mieć życie". Dnie spędzaliśmy na odpoczynku, pływaniu i wędkowaniu. Wieczorami wszyscy gromadzili się wokół ogniska, podczas gdy John i jego zespół szykował: pieczone na grillu mięso, curry z kurczaka i słodkie desery. Następnie duży garnek kawy gotowanej na ogniu. Sąsiednie Buffalo i Mahango warto odwiedzić jeśli masz na to czas. Jadąc brzegiem Okavango możesz spotkać bawoły, hipopotamy i słonie. Mahango ma cztery zwierzęta z "Wielkiej Piątki Afryki" (brak nosorożca), jak również antylopy szablorogie i końskie - gatunków rzadkie nie często spotykane w Afryce Południowej.
W nasze ostatnie południe w Ngepi wybieramy się na rejs o zachodzie słońca. Kiedy słońce, jak pomarańczowa kula wisi centymetrów nad horyzontem, John prosi nas pozostać całkowicie nieruchomo przez całą minutę, abyśmy mogli słyszeć naturę
Płyniemy łodziami mokoro przez Okawango.Kąpiel w Okawango z krokodylami
---
Darek Hencner, turysta, miłośnik wycieczek do Afryki
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz